DALEKA AZJA ZA GROSZE! Odcinek 10: Borneo cz. 2

Co na niewielkim skrawku porośniętej dżunglą wyspy Borneo robi bardzo bogaty niewielki sułtanat? Odpowiedź jest prosta - ropa naftowa i gaz. Bogactwo kraju wynika przede wszystkim z obecności dużej ilości drogich surowców naturalnych na niewielkim obszarze zamieszkanym przez niewielką liczbę mieszkańców. Sułtani dbają o swoich obywateli. Bezpieczeństwo, edukacja, porządek a nawet... ociekające złotem meczety.

 

Do centrum stolicy Brunei - Bandar Seri Begawan dojeżdżamy miejskim autobusem, który już czeka na nas przed budynkiem terminalu promowego. Jak właściwie codziennie - jest bardzo gorąco. Prawdopodobnie około 35 stopni w cieniu.



Wysiadamy na głównym dworcu autobusowym w samym centrum miasta. Pierwsze zadanie - priorytet to znalezienie jak najtańszego noclegu. Mamy obawy, ponieważ w internecie (strony typu Hostelbookers.com) najtańsze opcje kosztowały od około 100-150 PLN za osobę za noc. Trafiamy do biura podróży. Szybko dowiadujemy się, że w okolicy jest youth-hostel w cenie 10 bruneiskich dolarów za noc. To tylko 25 PLN. Bomba! Pytamy jeszcze o jutrzejszy autobus do Miri i ruszamy w stronę hostelu z nadzieją, ze będą miejsca. Docieramy tam po około 10 minutach spaceru. Budynek wygląda na szkolne centrum sportowe - akademik. Są miejsca! Płacimy po 10 dolarów i lokujemy się w pokojach. Osobne części budynku dla mężczyzn i kobiet, tak więc się rozdzielamy. Kolejne punkty programu to zakup biletów autobusowych do Miri w Malezji oraz znalezienie jakiegoś fajnego miejsca z lokalnym jedzeniem. Bilety do Miri udaje nam się kupić w biurze podróży, w którym już dzisiaj byliśmy. 18 dolarów (około 47 PLN) za czteroipółgodzinną jazdę. Nie jest źle.  Po drodze w poszukiwaniu miejsca gdzie zjemy, zwiedzamy miasto. Trafiamy na nabrzeże.



Przed naszymi oczami ukazuje sie największe na świecie miasto domów na wodzie. Słońce właśnie zachodzi. Nie będziemy mieć już okazji wynająć łódki i zwiedzić to niezwykłe miejsce od środka. Ruszamy w dalszy spacer po mieście. Docieramy do meczetu Sułtana Omara Ali Saifuddina. Robi naprawdę duże wrażenie! Główna kopuła świątyni pokryta jest prawdziwym złotem.



Co odrazu zwraca naszą uwagę. Ulice Bandar Seri Begaawan są właściwe zupełnie puste. Jakiegokolwiek przechodnia mijamy może raz na kilka minut. Wygląda na to, że wszyscy jeżdżą samochodami, albo są w domu, albo... jedzą. Docieramy w końcu do klasycznego azjatyckiego "food court" czyli miejsca w którym zgromadzone jest kilka, kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt i więcej restauracji / barów.



Pierwsze miejsce poza dworcem autobusowym gdzie widzimy większa ilość ludzi na raz. Według starej, sprawdzonej metody wybieramy miejsce w którym siedzi najwięcej ludzi. Jedzenie jest tanie i dobre. Za ryż z potrawą z mięsa (mała porcja) trzeba zapłacić tylko półtora dolara (około 4 PLN). Próbujemy kilka dań. Po tej azjatyckiej uczcie, zmęczeni wracamy do hostelu. Przy recepcji niespodzianka. Spotykamy pierwszych europejczyków od czasu przyjazdu do Brunei. Zgadnijcie z jakiego kraju. Polacy oczywiście. Para studentów z Warszawy. Wymieniamy się wrażeniami co do miasta. Okazuje się, że na jutro kupiliśmy bilety na ten sam autobus do Miri. Późnym wieczorem wybieramy się na jeszcze jeden spacer po Bandar Seri. Tym razem zakupy i skorzystanie z internetu. Ulice jeszcze bardziej puste. Więcej ludzi tylko przy głównej ulicy, tam gdzie kawiarenki, restauracje. W samym "downtown" miasto sprawia wrażenie europejskiego. 



Następnego dnia znów musimy wstać rano. O 8:00 planowany wyjazd autobusu do Miri. Planowany czas podróży - cztery i pół godziny. Na szczęście mało pasażerów. Można zająć po dwa miejsca i uzupełnić niedobory snu z poprzedniej nocy. Autobus po drodze zatrzymuje jeszcze w jednym mieście w Brunei, a potem już granica z Malezją. Stempelki do paszportu i jedziemy dalej. Miri to spore jak na Borneo miasto położone około 30-45 minut jazdy od granicy z Brunei. Jak się potem dowiadujemy, miasto prosperuje przede wszystkim dzięki okolicznym złożom ropy naftowej.


Miri

Dla nas to przede wszystkim kilkugodzinny punkt przesiadkowy w drodze na Półwysep Malajski do stolicy Malezji - Kuala Lumpur. Szybko się jednak okazuje, ze nasz około 7-godzinny pobyt będzie jednym z fajniejszych rozdziałów naszej całej podróży! A wszystko to dzięki ludziom których tam poznaliśmy. Pół roku temu podczas mojej podróży Tanimi Liniami Dookoła Świata, w Singapurze poznałem Malezyjkę z Miri - Peiyee. Kontakt mamy do dzisiaj. Peiyee mieszka w Kuala Lumpur. Dowiadując się o naszym krótkim pobycie w Miri, dała nam kontakt do swojej koleżanki z Miri - Jessy.  Na spotkanie z nami Jessy przyjeżdża w umówione miejsce samochodem ze swoim chłopakiem Eiwan'em. Myśleliśmy, że nasze spotkanie będzie polegało na wyjściu na wspólny obiad i może jakiś wspólny spacer po mieście. Tym czasem nasi przesympatyczni gospodarze z Miri przez 7 godzin obwiozą nas po wszystkich najciekawszych miejscach w mieście. Chyba nie trudno się domyślić, że w Azji takimi "najciekawszymi miejscami" bardzo często są restauracje / bary, w których można spróbować najlepszej lokalnej kuchni. Nie ukrywamy, że w takie miejsce bardzo chcieliśmy trafić. Mamy szczęście, chłopak Jessy tro prawdziwy koneser i pasjonat lokalnej kuchni! Najpierw ruszamy na klasyczny obiad. Na stole ląduje około 5-6 potraw do dzielenia się i próbowania.



Smaki sa rewelacyjune! Klu programu to lokalna słynna zupa Bak Kut Teh. To nie Filipiny... Do przygotowania tego specjału korzysta się z aż 25 przypraw! Eiwan jest niesamowity kiedy opowiada o jedzeniu! Potwierdza się wizerunek Azjatów, dla których jedzenie to niemal religia :). Kolejny przystanek to miejsce gdzie serwowane są miejscowe desery. Kolejne pole do popisu dla naszych sympatycznych gospodarzy! Eiwan z wielkim skupieniem dokonuje wyboru z menu. Chce byśmy mogli spróbować wszystkiego co najlepsze. I tak na stole pojawiają się miseczki z lodami (wodnymi - coś w rodzaju amerykańskiego shaved ice) w różnych smakach. Nie mogło oczywiście zabraknąć największego klasyku - czyli czerwonej fasoli. Pojawiają się też "dania główne". Jesteśmy w lekkim szoku. Jednym z klasycznych miejscowych deserów są posypane zmielonymi orzechami kawałki smażonych słodkich ziemniaków, tofu, kałamarnic (!!) z gęstym słono-słodko-ostrym sosie z sosu sojowego i chili! Pozostałe "dania główne" w podobnym stylu :)



O dziwo zjadamy wszystko ze smakiem! Nie za bardzo do przejścia był tylko ten deser z kałamarnicą ale i tak zjedliśmy ;) Jesteśmy na drugim końcu świata, na Borneo! Nie spodziewajmy się szarlotki z bitą śmietaną i lodami :) Po tych niezwykłych posiłkach nasi gospodarze zabierają nas na największy targ położony tuż za granicami miasta. Handluje tam dużo tak zwanych "natives" - czyli lokalnych mieszkańców. Ciekawie jest poznać społeczność, która jeszcze stosunkowo niedawno zamieszkiwała dżunglę Borneo.



Na targu mnóstwo lokalnych produktów, których na próżno szukać w Polsce czy w ogóle w Europie. Na szczęście jest Eiwan i Jessy. Co chwila zatrzymujemy się przy kolejnym stoisku i dowiadujemy się co jest co. Na targu bardzo dużo warzyw i owoców. Wiele z nich mamy okazję spróbować po raz pierwszy w życiu. Próbujemy między innymi króla malezyjskich owoców - duriana. To kontrowersyjny owoc słynący z bardzo "charakterystycznego" zapachu i smaku. Króla jednak nie można obrazić - jemy! :)



Po wizycie na targu nasi przemili gospodarze zawożą nas prosto na lotnisko. Nie chcieli słyszeć o jakimkolwiek sprzeciwie z naszej strony. Widać, ze oprowadzanie nas po ich rodzinnych stronach to dla nich szczera przyjemność. Malezyjczycy są naprawdę gościnni!



Lot do Kuala Lumpur zaplanowany na godzinę 19:00. Na lotnisku stawiamy się kilka minut po 17:00. Polecimy Air Asią - malezyjską linia lotniczą, która już od kilku lat z rzędu wybierana jest jako najlepsza tania linia lotnicza na świecie. 

 

Komentarze

Portret użytkownika gość

Super wycieczka !! To jest to właśnie . Pozdrowionka
DAO

Portret użytkownika gość

Lepiej wykorzystac tych kilku godzin nie mogliscie, fantastyczna sprawa!!!

Portret użytkownika gość

Super!!!

Portret użytkownika gość

Mój król owoców nazywa się mangosteen, trafiliście już na niego :) ?

Portret użytkownika gość

niewielkim - w pierwszym zdaniu

Portret użytkownika gość

Tak sobie myślę, że po takiej podróży przyda Wam się urlop wypoczynkowy. Tempo zawrotne!
Podczas naszych częstych podróży po Azji, moja żona twierdzi, że za szybko zmieniamy miejsca (po kilka dni w każdym), ale Wy to dopiero pędzicie!
Od początku z uznaniem śledzę Waszą relację, ale teraz naprawdę zastanawiam się, czy do niektórych miejsc, jak Brunei nie przyjechaliście tylko dla stempla w paszporcie? Znając wcześniej godzinę przybycia, było wiadomo, że nie zdążycie do Water Village i dżungli - największych atrakcji tego miejsca. Mam chociaż nadzieję, że widzieliście Meczet Sułtana?!
Mimo wszystko kibicuję Wam dalej, choć już z trochę mniejszym zapałem...

Portret użytkownika admin

W Brunei właściwie się tylko przesiadaliśmy, nie było planu jakiegoś większego zwiedzania. Bardzo nam miło, że mimo wszystko nadal nam kibicujesz :)

Portret użytkownika gość

@Admin: wszystko fajnie, ale w sumie to po co pojechaliście w ogóle na Borneo? Do Kota Kinabalu w sumie tylko przylecieliście, w Brunei w zasadzie tylko przesiadaliście się a w Miri mieliście w sumie 7 godzin do zagospodarowania przed wylotem do KL. W zasadzie mogliście od razu lecieć z Filipin do KL:-)

Portret użytkownika gość

ale mogą powiedzieć że byli...

Portret użytkownika admin

Po co pojechaliśmy na Borneo? Żeby przeżyć i zobaczyć to co przeżyliśmy i zobaczyliśmy! Odsyłam do tekstu. Niczego nie żałujemy! :)

Portret użytkownika gość

Z niecierpliwością czekam na kolejny odcinek.Każdy śledzę z zapartym tchem.Chociaż tempo z jakim przemieszczacie się jest zawrotne,to miejsca w których jesteście,to co tam zobaczycie,wrażenia jakie przeżywacie-to będzie waszym osobistym bogactwem.Kibicuję wam gorąco.

Portret użytkownika gość

No tak, duriana trzeba spróbować :-) Owoc, którego łupiny charakterystycznie śmierdzą i mocno kłują, a dojrzały miąższ ma konsystencję żółtego budyniu i nieokreślony smak z bardzo delikatną nutą cebuli :-) Jak wspomniał mój przedmówca, w tamtym regionie najlepsze w smaku są mangostany, chociaż próbowałem też wielu innych owoców. Warte polecenia są też niewątpliwie: koszmarnie słodkie smocze oczy (Longon), Langsat (Lansium domesticum), wodniste jabłko różane (Rose apple), lub tylko nieco mniej słodkie rambutany czy pitaja (smoczy owoc) lub niezbyt charakterystyczny w smaku (dżakfrut) (owoc bochenkowca). A ogólnie to fajna wycieczka, czytam z wielką przyjemnością pomimo zawrotnego tempa.

Portret użytkownika gość

Przywieście króla-jakiegokolwiek.

Portret użytkownika gapa

"Przywieźcie króla-jakiegokolwiek" Super pomysł.Król może być nawet zapuszkowany;)

Portret użytkownika gość

"Przywieście króla-jakiegokolwiek."

a gdzie go mają przywiesić? gdziekolwiek?

Portret użytkownika gość

Nie bardzo rozumiem po co w ogóle na Borneo pojechaliscie-rozumiem duże tempo ale jak ma być to jedna wielka przesiadka to szkoda czasu lepiej było z Filipin do KL od razu pojechać. Każdy ma swoje preferencje, jesteście dobrze zorganizowani ja też często jeżdżę objazdowo ale jak już gdzieś się pakuje to chociaż z 1 czy 2 dni posiedzę bo tak to wydaje mi sie bez sensu-ale to tylko moje subiektywne odczucie co nie zmienia faktu że mi podróz taka zajęła prawie miesiac a bilety kosztowały ok. 30 % wiecej

Portret użytkownika gość

No dokładnie: admin napisal, żeby przeżyć, to co przzeżyli... Tylko co? Kolację w KK (ok, fajne jedzenie, ale umówmy się, że w całej SEA jest takie), nocleg w tanim hotelu w Brunei (super, że znaleźliście taki, tylko nie mieliście nawet czasu zobaczyć stolicy!!!), 5 godzinną wycieczkę autobusem do Miri (nie trzeby chyba na Borneo jechać, aby to przeżyć) i objazd po Miri w oczekiwaniu na samolot do KL. Wszystko super, nie przeczę, że wrażenia na pewno były, ale chyba jednak sama koncepcja wyprawy nieco się wichrowała na przykładzie tego "wypadu" na Borneo. Na tej samej zasadzie wystarczą 3 dni na przeloty między i "zobaczenie" Singapuru, Kuala Lumpur i Bangkoku - tylko trudno chyba potem wiarygodnie twierdzić, że poznało się 3 państwa.

Portret użytkownika gapa

Myślę,że do "Siedziby Głównej Lotera".A później zaprosić fanów na degustację.:))))

Portret użytkownika gość

Celem podróży Kuala Lumpur, po drodze parę dni na Filipinach i dzień na Borneo.
Czy nie lepiej było lecieć bezpośrednio z Londynu do Kuala Lumpur?

A Filipiny zwiedzić sobie porządnie organizując wyprawę na Filipiny?

Portret użytkownika gość

nie, nie lepiej.

Portret użytkownika gość

Lepiej

Portret użytkownika gość

a wcale, że nie

Portret użytkownika gość

Ogłoszono kolejne nowe połączenie lotnicze tym razem z Bydgoszczy. Czy Wy w tym loterze ostatnio śpicie? Czy też Loter to jednoosobowa firma i cala wasza załoga (jedna osoba) poleciała na Borneo?

Portret użytkownika gość

Ja lecę w przyszłym roku do Indii z dwudniowym postojem w Wietnamie.

Super

Portret użytkownika gość

A gdzie jest Bydgoszcz?

Kogo obchodzi f....ing Bydgoszcz?

Przestań zawracać głowę porządnym ludziom jakąś Bydgoszczą i od.... się od Lotera

Portret użytkownika gość

Jak wam sie tutaj nie podoba to sami sobie szukajcie tanich lotow i sami sobie organizujcie takie wyprawy zamiast bezczelnie oczerniac innych ludzi

Nie podoba sie Loter to szukaj sam

Portret użytkownika gość

Moi Drodzy Pytajacy,

Jestescie bardzo odporni na argumenty - sa one zaprezentowane zarowno w tekscie, jak i na zdjeciach:) Jesli nie trafia do Was idea tego wyjazdu, to chyba nie ma sensu abyscie w dalszym ciagu tracili swoj cenny czas przed kompem, na probach objecia swoimi umyslami co autor mial na mysli.

pzdr,
Zolwie gora!:)

Portret użytkownika gość

Loter nie daje znaku zycia

Portret użytkownika gość

Podróż grubo przekroczony budzet, może potrzebna jakas zrzuta zeby nie pozdychali z głodu?

Portret użytkownika gość

Z typowym polskim biurem podróży, gdzie cwaniaczki liczą sobie 100% marży no bo przecież kazdy polski cwaniaczek musi zarabiac minimum 50000 na miesiąc to za taką podróż zapłacili by minimum 20 000.
A Loter pokazał, że można zaliczyć tyle krajów za 3-4 tys. zł

Portret użytkownika gość

Zapomniałem dopisać, że 3-4 tys. zł to z lokalnym transportem, noclegami i wyżywieniem. Polskie biura podróży biorą za takie 3 tygodniowe imprezy z 20 patyków za osobę - 16 tys zł prosto do kieszeni polaczka-cwaniaczka

Portret użytkownika gość

A ja mam pytanie. Już 3 grudnia. Czy oni w ogóle jeszcze żyją? Czy ktoś coś wie?

Portret użytkownika gość

Myślę, że już wrócili tylko podobnie jak poprzednio do okoła swiata admin będzie dopisywał z domu kolejne odcinki relacji.

Portret użytkownika admin

Jesteśmy jeszcze w Azji :)
Kolejny odcinek w trakcie pisania.

Portret użytkownika gość

A nawet jeśli, to co w tym zlego kretynie? Nie zawsze ma się dostęp do neta i nie zawsze chce się marnować czas w podróży na siedzenie przed kompem.

Portret użytkownika gość

Azja gdzie to jest nie ma takiego miasta idę po globus. A i tak sztuką jest polecieć do Bydgoszczy-ja tam nigdy nie doleciałem zwłaszcza zimą to wyzwanie.

Portret użytkownika gość

"zawożą" ...

Portret użytkownika admin

Oj przepraszam... Już poprawione. Widać że relacja była pisana późno w nocy ;)

Dodaj nowy komentarz

  • Adresy internetowe są automatycznie zamieniane w odnośniki, które można kliknąć.
  • Dozwolone znaczniki HTML: <a> <em> <strong> <cite> <code> <ul> <ol> <li> <dl> <dt> <dd>
  • Znaki końca linii i akapitu dodawane są automatycznie.
  • Insert Google Map macro.

Więcej informacji na temat formatowania

Wysyłając akceptujesz Politykę Prywatności Mollom.